Audiencja u Karmazynowego Króla [RECENZJA KONCERTU]

Michał Kwiatkowski | Utworzono: 2016-09-21 13:29 | Zmodyfikowano: 2016-09-21 13:29

Zanim pojawili się na scenie, usłyszeliśmy Roberta Frippa. Z głośników. Zaprosił nie na tradycyjną angielską herbatkę, a do odłożenia telefonów i wszelkich innych zdobyczy techniki, które mogłyby służyć do rejestracji koncertu. Takową polecił, ale za pomocą własnych oczu i uszu. Skupienie publiczności na tym komunikacie trwało zaledwie krótką chwilę, bo Fripp zakończył go donośnym klaśnięciem w dłonie i uśmiechem, w którym kryło się najważniejsze zdanie: „bawmy się dziś dobrze”.

O 20.20 na dwustopniową scenę wyszedł cały, 7-osobowy dwór Karmazynowego Króla, prowadzony dziarskim krokiem przez Pata Mastelloto. Ten ostatni zajął miejsce za swoim budzącym respekt zestawem perkusyjnym, tuż przed nosem widowni. Trio perkusistów dopełnili Gavin Harisson i Jeremy Stacey, których zestawy tworzyły pierwszy szereg sceny. Na podwyższeniu w drugiej linii, Mel Collins, Tony Levin i Jakko Jakszyk czekali już na znak lidera. A Fripp posypał ręce talkiem, podobnie uczynił z zewnętrzną stroną gryfu swojego Gibsona, usadowił się na zydelku i wtedy mogła zacząć się muzyczna audiencja.

Już pierwsze dźwięki perkusyjnego „Hell Hounds of Krim” zwiastowały ciężar, którym uraczą nas ci wybitni instrumentaliści. Krótki wstęp płynnie przeszedł w „Larks’ Tongues in Aspic, Part One”. Wersję bliską oryginałowi, choć z niedowierzaniem można było sobie zadać pytanie: czy to na pewno utwór z 1973 r.? Muzyka jest swobodna, płynąc tak jakby zespół grał ją od niedawna, głośno i potoczyście, z wyraźną radością. Nowoczesne brzmienie, choć nie, może to złe określenie. Na pewno: naturalne. Obserwowanie trzech zestawów perkusyjnych i płynnie wymieniających się karkołomnymi partiami muzyków – bezcenne. Jest głośno, ale rytmiczna nawała na moment zwolni by dać miejsce dla włączającego się Mela Collinsa, którego flet doda kilka ozdobników, by na moment, ku uciesze publiczności, zaintonować Mazurka Dąbrowskiego.

Pierwsze sekundy „Pictures of a City” zgniatają, a Collins jest w zdecydowanie lepszej formie niż na „Posejdonie". Zresztą ten utwór najwięcej będzie go kosztował, ale w końcu to tutaj saksofon i bębny walczą ze sobą o osiągnięcie jak najwyższego poziomu decybeli. Ale nie było tak, że mieliśmy do czynienia z kakofonią czy zwykłym hałasem, ale z głębokim, transowym wręcz pochodem, przeciętym karkołomnymi gitarowymi wycieczkami Jakszyka we „Fracture”. No właśnie, „Fracture”. Utwór który powrócił na koncertową setlistę po 42 latach, był prawdziwym popisem nie tyle Jakszyka co przede wszystkim Frippa. Sekwencje riffowe, nieomylnie grane z żelazną konsekwencją i logiką, przez tego wirtuoza schowanego na krańcu sceny, budziły podziw nie tylko publiczności ale i samego Jakszyka, który stanowił dwugłos dla pędzącego po gryfie lidera. Zresztą popis całego ensemblu w tym utworze był wspaniały i zaryzykuję stwierdzenie, że zespół grał co najmniej tak dobrze jak za najlepszych koncertowych czasów, zarejestrowanych na boksie „The Great Deceiver”.


Maniera wokalna Jakszyka, trudna do zaakceptowania na „A Scarcity of Miracles”, już na wydanym w tym roku albumie „Live in Toronto” dużo mniej męczyła, we Wrocławiu stając się naprawdę znośną, żeby nie napisać: na miejscu. No właśnie, o ile to wcielenie King Crimson jest wybitne jeśli chodzi o interpretacje eksperymentalnego, najbardziej dynamicznego repertuaru, o tyle w „Epitaph” czy w „In the Court of the Crimson King” - moim zdaniem - zabrakło magii. Może akurat tych kompozycji nie można wskrzesić, nie zabrzmią lepiej niż na debiutanckim albumie, nagrane właśnie wtedy i właśnie w tamtym składzie? Było dostojnie, na pewno wielu fanów czekało właśnie na materiał z debiutu, jeszcze nigdy u nas nie słyszany (o czym świadczyły owację przed i po utworach), ale nutka ekscytacji ustąpiła miejsce sentymentalizmowi.

Wracając do wczorajszego występu, rzeczywiście obecny skład jest w stanie odegrać wszystkie
pozycje z karmazynowego katalogu. Potężne brzmienie bębnów i saksofonu najlepiej sprawdza się jednak przy ultra-ciężkich nagraniach, jak „Red”, „Level Five” (notabene był to jedyny utwór z epoki Adriana Belewa, który pojawił się w NFM-ie), a Król z premedytacją torturował właśnie takimi dźwiękami swoich poddanych. Zresztą gęsty i pulsujący „Lark's Tongue in Aspic, Part Two”, kończył pierwszy set, dając wyobrażenie o niepospolitym darze improwizacji obecnego składu, a pozorny chaos i kakofonia perkusjonaliów, ustępująca dwugłosowi Jakszyka i Collinsa w finale utworu, powinna stanowić lekcję dla producentów współczesnej muzyki spod znaku core.

Po przerwie przyszedł czas na 'nowe' granie. „Devil Dogs of Tessellation Row”, „Radical Action” czyli wariacje na temat poczynań King Crimson z lat 1990, z dodanym fletem i zadziornymi riffami gdzieś z tyłu głowy, przywodzące klimat VROOOM. Saksofon pojawił się w „Meltdown”, które z kolei bardziej przypominało materiał z kolorowej trylogii. Lata 1970 wróciły za sprawą „Starless”, w którym minimalnie na starcie spóźnił się Jakszyk, co nie uszło uwadze Frippa. W wypadku tego utworu dostojeństwo i patos wyciągnięte z szafy, szybko na szczęście ustąpiły miejsca kapitalnym rytmicznym popisom Pata Mastelotto. Robert Fripp regulując crescendo, intensyfikował balladowe brzmienie swoim gitarowym łkaniem, któremu towarzyszył Jakszyk, uzupełniający zagrywkami temat prowadzony przez Frippa. W finale oprawa świetlna po raz pierwszy dała o sobie znać, pokrywając scenę wściekłą czerwienią (w końcu to zwieńczenie płyty „Red”). I można już było zamknąć oczy, słuchając opętańczego sola Frippa, potężnego i wzruszającego jak w końcówce koncertowego wydawnictwa „USA”, choć we Wrocławiu to saksofon Collinsa postawił 'kropkę nad i'.
NFM skąpane było w karmazynie, owacjom na stojąco nie było końca. Muzycy w poczuciu tryumfu zniknęli ze sceny.

Na koniec – początek. 5 czerwca 1969 r. w Hyde Parku, kiedy King Crimson grali przed The Rolling Stones, tłum Londyńczyków zaskoczony został Schizofrenikiem XXI w. Po przeszło 2 i pół godzinie my też zostaliśmy zaskoczeni. „21st Century Schizoid Man” zagrany na bis czyli wściekłość i pasja z jaką Jeremy Stacey okładał talerze, porozumiewawcze spojrzenia jakie wymieniali między sobą napędzający rytmiczną maszynerię Levin i Mastelotto, Jakkszyk i Fripp cieszący się gitarową jatką oraz powściągliwy przez cały koncert Gavin Harrison, który w kilkuminutowej solówce pokazał nam możliwości każdego elementu swojego zestawu. Cios w serce, które chciało wyskoczyć i na chwilę stać się tętniąca membraną głośnika!
Jedyne co wyskoczyło, to kamera Tony'ego Levina i telefony muzyków, dziękujących publiczności. Po kilka pamiątkowych zdjęciach, które zasilą prywatne albumy, zniknęli ze sceny.

Jak będzie w środę?

Na pewno jedno się nie zmieni: Long live the King!


Komentarze (10)
Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
~leinad2016-09-22 20:23:20 z adresu IP: (89.151.xxx.xxx)
@fan No chyba z plejbeku to on w sypialni. To nie krawczyki, dody i cale pokolenie komercyjnych dewiantów. To nie ta liga, to spektakl. Warto o tym pamiętać...
~Mirek D.2016-09-22 14:43:37 z adresu IP: (195.150.xxx.xxx)
10/10. Może tylko w "Epitaph" mogli wyciągnąć gitarę akustyczną. Ale vocalu Grega Lake'a nikt nie zastąpi.
~Mirek N.2016-09-22 14:08:42 z adresu IP: (89.72.xxx.xxx)
do "Fan": trzeba było pójść z tatą - ja byłem z synem. Obydwaj jesteśmy pod wrażeniem.
~Fan2016-09-22 12:29:24 z adresu IP: (5.104.xxx.xxx)
Najlepszy komentarz mojego taty, jak mu wspomniałem, że na koncert idę:"eee pewnie z playbacku będą rżnęli :D"
~Katarzyna2016-09-22 11:47:45 z adresu IP: (176.111.xxx.xxx)
Rewelacyjna dokładna relacja! super
~Michał Kwiatkowski2016-09-22 12:26:58 z adresu IP: (194.181.xxx.xxx)
Koncert był super! Dziękuję i pozdrawiam, MK.
~ErGo2016-09-22 00:34:45 z adresu IP: (178.37.xxx.xxx)
W środę na bis, przed "Schizofrenikiem" był "Heroes".
~Jen2016-09-22 17:55:20 z adresu IP: (83.22.xxx.xxx)
Ja też zazdroszczę, po cichu na to liczyłam, bo naście lat temu w Poznaniu też było, ech trzeba było bilety na środę... ale wtorkowych wrażeń było moc i nic tego nie odbierze :)
~Michał Kwiatkowski2016-09-22 09:48:58 z adresu IP: (194.181.xxx.xxx)
To zazdroszczę niesamowicie!!!
~DER2016-09-21 14:38:20 z adresu IP: (77.255.xxx.xxx)
bylem w zabrzu rewelacja pelna perfekcja