Randez Vous z legendą – po koncercie Davida Gilmoura [Recenzja]

Michał Kwiatkowski | Utworzono: 2016-06-27 13:51 | Zmodyfikowano: 2016-06-27 13:51
A|A|A

Fot.za: wroclaw.pl, wroclaw2016.pl

Na pokonanie trasy z Gdańska do Wrocławia, pociąg potrzebuje 7 godzin. Ale to nie gdański Dworzec Główny ani stacja kolejowa Europejskiej Stolicy Kultury, a lyoński Gare de la Part-Dieu stanowił miejsce narodzin „Rattle That Lock”. Przed laty w klimatyzowanym wagonie TGV, gitarzysta Pink Floyd usłyszał fragment sygnału  kolei francuskich. Michaël Boumendil, kompozytor powyższego, kilka dni później otrzymał od muzyka telefon z propozycją współpracy. Zaskoczony i wyróżniony jednocześnie, propozycję zaakceptował – jej wynik to napisany wspólnie utwór, który dał tytuł zeszłorocznemu albumowi Gilmoura i obecnej trasie koncertowej.
Po 9 miesiącach od wydania „Rattle That Lock”, pamiętając o 3 godzinach spędzonych w Stoczni Gdańskiej w 2006 r., byliśmy przygotowanie na to co nas czeka. Wiadomo było, że punktualnie o 21.45, sennymi dźwiękami instrumentalnego tematu „5 A.M”, Artysta miał wypełnić swoją muzyką Wrocław. Ale Mazurkiem Dąbrowskiego i okrzykami zwycięstwa, Wrocław wypełniony był przecież od godzin popołudniowych!

18.30 Niebieskie tramwaje ze zgrzytem spracowanych sworzni przemierzają ulice. Powietrze i atmosfera we Wrocławiu, niczym szwajcarskie fondue, jest gęste od emocji. Dopiero co zakończona seria jedenastek we Francji, praktycznie zbiega się z otwarciem Placu Wolności dla szczęśliwców posiadających bilety. Pamiątkowe koszulki z trasy „Rattle That Lock” mieszają się z polskimi barwami narodowymi, a zbudowana naprędce przy budkach gastronomicznych wieża Babel języków i narodowości, mówi jednym – Pink Floydowym – głosem. Kilkudziesięciometrowe kolejki po wodę szybko się rozładowują, znajoma kuna tym razem siedzi gdzieś spokojnie, a spacerująca w okolicach rodzina jeży, wedle zgodnej relacji świadków, kulturalnie opuszcza Plac Wolności. Żartem nie jest, że organizacyjnie – zarówno przed, w trakcie jak i po koncercie – wszystko dopięte było na ostatni guzik. Wymiana biletów na opaski, przemieszczenie się w strefach, komunikacja po koncercie – pod kontrolą. Mając w pamięci chaos panujący przed 10 laty w Gdańsku, w tym punkcie ekipie ESK należy się gromkie chapeau bas!

20.47 Na scenę zaproszony zostaje Leszek MożdżerNasz Zamieszany w Kulturę, dyrektor wrocławskiego Jazzu nad Odrą, dał 30 minutowy recital. Recital, w którym piękna, wielowątkowa i sunąca momentami w błyskotliwe pasaże gra, przeplata się z przekazem pianisty: „Kulturą jest wszystko co do siebie mówimy, kulturą jest wszystko co czytamy, wszystko co jemy – każda sekunda to uczestniczenie w kulturze!”. Rezonans jest niewielki, ale następująca zaraz potem opowieść o Witoldzie Lutosławskim, sile jego umysłu oraz potrzebie naszego przekonania i wiary w słuszność tego co robimy, wespół z brawurowo wykonaną „Etiudą” Lutosławskiego, skupia w stopniu maksymalnym naszą uwagę. Aż do ostatniego dźwięku. Kiedy tylko Leszek Możdżer odrywa palce od klawiatury, wybuchamy żywiołową owacją, jakby zapominając, że dopiero za chwilę ma wystąpić główna gwiazda koncertu. Ale to właśnie nagroda za miłość i niegasnącą pasję do grania, do tego co robimy, prawda?
21.45 Gasną światła, w tylnej części sceny naszym oczom ukazuje się orkiestra Narodowego Forum Muzyki pod batutą Zbigniewa Preisnera oraz, to już bliżej nas, mistrz ceremonii wraz z towarzyszącymi mu muzykami. Brawa i drżące podnieceniem szepty, że oto niemożliwe staje się faktem – to wszystko miesza się z pierwszymi taktami "5 A.M.". Tak! To TA gitara, TEN dźwięk, wizytówka, którą ze zmiennym natężeniem do końca występu będzie czarował. Nie ma chwili na pozbieranie myśli, już słyszymy pierwsze dźwięki smyczków, a okrągły ekran rozświetla się znanymi scenami z singla promującego album „Rattle That Lock”. I tu moje pierwsze, muzyczne, zaskoczenie. O ile na płycie część najnowszego repertuaru momentami kazała zadać sobie pytanie o artystyczną głębię, o tyle na żywo zyskała siłę hipnotyzującą! Duża w tym zasługa zespołu towarzyszącego Gilmourowi, w dużej części odmienionego. Do znanych nam Guy'a Pratta i Steve'a DiStanislao, artysta zaprosił między innymi dwóch znakomitych klawiszowców. To właśnie dialog Chucka Leavella (jak zażartował Gilmour, naprędce pożyczonego od Stonesów) i Gregga Phillinganesa, otworzył jedną z najmocniejszych pozycji wrocławskiego koncertu, „Faces of Stone”. Mocne gitarowe solo, ze wspaniałą wokalizą Lucity Jules i Bryana Chambersa – cudo! Dobrze, ale jeśli komuś zabrakło odrobiny konferansjerki, powitania ze strony głównego Aktora tego muzycznego spektaklu? Zapowiedzi nie są potrzebne, gasną światła, by za moment zabłąkany snop padł na Chestera Kamena i jego 12 strunową gitarę akustyczną. W niebo płyną pierwsze dźwięki „Wish You Were Here”, a oszczędna, korespondencyjna gra na linii Gilmour – Kamen, splata się z tysiącami śpiewających ten jeden z piękniejszych tekstów...

Na szczęście my tam jesteśmy i rozpoczynamy przebieżkę w przeszłość. W odróżnieniu od koncertu w Stoczni, nowy repertuar nie stanowi zamkniętego seta, przeplata się ze starszym. Z 1975 r. przenosimy się do ery post watersowskiej. Gilmour, który raz po raz wymienia uśmiechy z członkami zespołu, pierwszy raz tego wieczoru czaruje nas swoim czarnym Fenderem. „What Do You Want From Me” jest chyba słyszalne w całym Wrocławiu, każda kolejna solówka jest głośniejsza, a naznaczony wiekiem głos gitarzysty brzmi potężnie, władczo. Aż dziw bierze, że ten ubrany w czarny t–shirt 70 – letni pan z brzuszkiem, o aparycji co najmniej nie wskazującej na gwiazdę rocka, za pomocą 6 strun włada 20 – tysięcznym tłumem. Ale wystarczy zamknąć oczy, posłuchać i dać się porwać.
Zstępujmy z piedestału. Ze sceny płynie piękna błękitna poświata, rozlega się głos Richarda Wrighta, a ktoś z tłumy krzyczy „We Remember You, Richard!”. Gilmour wraz z orkiestrą niespiesznie rozpoczyna to piękne epitafium dla przyjaciela, „A Boat Lies Waiting”, które płynnie przejdzie w „The Blue”. Żonglerka emocjami trwa w najlepsze, bo górujący nad sceną ekran po raz kolejny się rozświetla. Animacje przygotowane przez Aubreya Powella pokazują tysiące rozsypujących się monet, w tle rozlega się dźwięk zamykanej kasy fiskalnej, a Guy Pratt gra jeden z najbardziej rozpoznawalnych motywów basowych w historii. Bluesowy polot „Money” (Gilmour i Kamen prowadzą krótką gitarową wymianę), po raz kolejny gotuje krew publiczności. Temperatura sięga zenitu kiedy ze sceny płynie dzikie saksofonowe solo... i dalsza część ciemnej Strony Księżyca – „Us and Them” – po raz pierwszy wykonane w Polsce, i nawet zmęczony głos Gilmoura wzrusza bardziej niż na pamiętnym krążku z roku 1973.

Ale najlepsze dopiero przed nami. Mimo, że największe owacje wywołują powszechnie znane klasyki z katalogu Pink Floyd, to wigorem i świeżością zaskakuje najnowszy repertuar. „In Any Tongue” przed koncertem był moim cichym faworytem... i zupełnie się nie zawiodłem! Na płycie to z pozoru 7 minut, gdzie prosty motyw grany naprzemiennie na fortepianie i gitarze akustycznej, przechodzi w piękną, poruszającą solówkę. We Wrocławiu było wtedy lekko po 22.30. Po raz kolejny tego wieczoru, w głównej roli Zbigniew Preisner i jego orkiestra. Po raz kolejny niesamowity Bryana Chambers, którego wokaliza wybijała się na pierwszy plan w refrenie kompozycji. Ten z pozoru spokojny utwór, z przejmującym tekstem i klipem, to prawdziwe zwierciadło talentu i wrażliwości Davida Gilmoura. Klimat stworzony kilkoma dźwiękami. Niby nic nowego, a jednak Gilmour podczas sola porusza chyba wtedy najmocniej. I nie, mimo temperatury i duchoty nie jesteśmy na sawannie, ale wszyscy czują chodzące po nich mrówki! Potężne crescendo całego zespołu i orkiestry, wieńczące wykonanie „In Any Tongue”, to preludium do pierwszej mini przemowy Artysty. Skromne „Thank You” płynie ze sceny, ale to przecież my dziękujemy?! David Gilmour, w imieniu zespołu, dziękuje nam za przybycie, prosi o brawa dla Zbigniewa Preisnera, który przygotował doskonałe orkiestracje (PRAWDA!) i jak gdyby nigdy nic zapowiada kolejny utwór. Momentalnie rozlega się dźwięk dzwonu, świergot ptaków, a pojedyncze dźwięki klawiszy Chucka Leavella mówią wszystko: „High Hopes”. Na ekranie videoklip z 1994 r., na scenie magia. Plac Wolności rozpoczyna wirowanie, które wzmaga się z każdą minutą, a kiedy Gilmour w biegu zarzuca gitarę akustyczną na plecy i zaczyna swoja popisową partię na gitarze hawajskiej, chyba nie tylko ja po raz kolejny mam dreszcze. Tak kończy się pierwsza część koncertu. Wracamy za 15 minut.
23.09 Podróży w czasie ciąg dalszy. Głos Ricka Wrighta zabrzmiał w pierwszej części koncertu, głos Nicka Masona otworzył drugą. Charakterystyczny pochód basowy Guy'a Pratta, Steve DiStanislao obsługujący zabytkową maszynę imitującą dźwięk wiatru, i feria kolorów płynąca z ekranu. Ale to tylko kilkadziesiąt pierwszych sekund. Gigantyczny okrągły ekran już sączy w nasze oczy pastelową, narkotyczną wizję rodem z wykładów Timothy'ego Leary, w skroni pulsuje tętno bębnów, a szaleńczy gitarowy slide rozsadza bębenki. „One Of These Days”, zagrane z dużym wykopem i zdecydowanie bardziej – niż na „Meddle” – psychodelicznie. W Stoczni wysłuchaliśmy „Astronomy Domine”, czyżby Gilmour chciał nam wynagrodzić brak piosenki Barretta? Pytanie zawisa, a ze sceny płynie już „Shine on You Crazy Diamond”, utwór Barrettowi przecież poświęcony! „Pamiętasz kiedy byłeś młody?” – 20 tysięcy gardeł śpiewa wraz z Gilmourem, a ten po raz kolejny zaprasza João Mello, którego saksofon raz łka, raz chrypi – ale te frazy, wszystkim doskonale znane, nigdy nie będą przecież ograne!

Gra Brazylijczyka wzbudza aplauz, Mello więc jeszcze z nami zostaje i już wsłuchujemy się w grany po raz pierwszy na tej trasie temat „Dancing Right in Front of Me”. Prezentacja albumu „Rattle That Lock” domknięta zostanie jeszcze kompozycjami „Today” i zagraną wespół z Leszkiem Możdżerem, jazzującą „The Girl in the Yellow Dress”. A potem już tylko Pink Floyd. „Sorrow” na żywo brzmi zdecydowanie pełniej niż na „A Momentary Lapse of Reason” – choć może to kwestia tego, że po kilku nieco bardziej stonowanych minutach, Gilmour znowu przygniata dźwiękiem swojego Fendera. O to już prawie koniec podstawowego seta, prawie, bo jeszcze „Run Like Hell”. Muru pomiędzy artystą, pomiędzy muzykami a publicznością zdecydowanie nie ma. Zresztą przed samym koncertem płynie do nas komunikat takiej treści: „Aubrey zachęca was, byście wyciągnęli komórki i filmowali. Pokażmy światu, że jest to wydarzenie szczególne [Aubrey „Po”Powell odpowiadał za rejestrację tego koncertu]". Wzniesione w górę telefony komórkowe rejestrują końcowe akordy ostatniej cegiełki tej wrocławskiej układanki. Po raz ostatni strzelają reflektory, biały do bólu ekran kłuje nasze oczy, a krótko żegnający się Gilmour wraz z zespołem schodzi ze sceny. Koniec? Nie ma mowy! Jaśniejący w oddali Księżyc przypomina „There is no dark side of the moon, really”. 3 minutowa wrzawa wywołuje z powrotem gitarzystę Pink Floyd.

0.32 Budzik zadzwonił. Trwa jeszcze lekka krzątanina na scenie, ale już wpadamy w sam środek najgłośniejszego na świecie zakładu zegarmistrzowskiego. Wirujące reflektory, omiatające scenę punktowce, wylewające się z ekranu zegary w „Time” sprawiają, że kręcimy się w miejscu jak dziecięcy bąk. I podobnie jak u dzieci, na naszych twarzach błąka się błogi uśmiech szczęścia. Tylko nieznośne staje się pytanie, dlaczego to tak krótko trwa? „Breathe” jest przygrywką do wielkiego finału. A tutaj „Comfortably Numb”, w którym pojawiają się przeszywające niebo laserowe kurtyny. Obowiązki wokalne dzielą między siebie Gilmour i Leavell, który nie sili się na kopiowanie swoich poprzedników. Jedna z najbardziej poruszających partii gitarowych płynie nad Wrocławiem, jest podniośle, jest wzruszającą, ale nad Placem Wolności nieubłaganie unosi się też widmo pożegnania. Ostatnie dźwięki grają nam jeszcze w uszach, a śmiejący się Gilmour zaprasza wszystkich muzyków (prawie, bo Leszek Możdżer gdzieś się zawieruszył) i to już naprawdę jest koniec.

PS. Co było najpiękniejsze? To, że podobnie jak po koncercie w Stoczni, emocje po sobotnim występie z wolna będą się uwalniać i nie prędko nas opuszczą! Co było godne podziwu? To, że przyjmując zaproszenie ESK, David Gilmour podjął wyzwanie zmierzenia się z własną legendą. Zrobił to z ogromną klasą i skromnością. Skromność poparta została znakomitą reżyserią efektów świetlnych: od prostych punktowców po lasery i klipy, starannie i stopniowo dawkowane; oraz znakomicie spasowanym brzmieniem orkiestry NFM-u pod dyrekcją Zbigniewa Preisnera. Selektywność i najwyższa jakość dźwięku. A skoro dźwięk – po koncercie w Stoczni obawiałem się, że absolutnie nic (za wyjątkiem doboru repertuaru) nie będzie nowością. A było tak, że w żadnym momencie wrocławskiego koncertu sztuka nie ucierpiała, rzemiosło nie tryumfowało – nowa muzyka porwała, a zbiorowe randez vous z żywą legendą współczesnej muzyki, kultury – wypadło perfekcyjnie!
Słowa nie oddadzą piękna muzyki i wrocławskiego spektaklu. Każdy z nas inaczej to przeżył, każdy z nas inaczej o tym śnił, to pewne. Dla nielicznych pozostają wspomnienia na całe życie. Na wszystkich zaś, w niedalekiej przyszłości, czekać będzie dwupłytowe wydawnictwo „Live in Wroclaw”!

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
~jaro
2016-06-30 10:42:46
z adresu IP: (46.148.xxx.xxx)
Ocena: 2
6
~mareks
2016-06-29 22:50:52
z adresu IP: (78.9.xxx.xxx)
Ocena: 0
Wszystko się zgadza - była magia było wzruszenie. Ale też niesmak - oglądałem koncert zza płotu bo nie potrafili przeprowadzić sprzedaży biletów tumoki z pożal się Boże stolicy kultury. Pomijając fakt że kolega był w sektorze B i stał za szybem windy NFM.. masakra... porażka jak zawsze we Wrocławiu z zepsutą do szpiku władzą i ludźmi którzy są na stanowiskach o których pojęcia nie mają..
Reklama