The Australian Pink Floyd we Wrocławiu [ZDJĘCIA, ROZMOWA]

Michał Kwiatkowski, Andrzej Owczarek | Utworzono: 2017-03-04 09:40 | Zmodyfikowano: 2017-03-04 09:40

Piątkowy wieczór przed 11 laty, sierpień, choć w kalendarzu dzień 25. Na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich odbywa się światowa premiera opery „Ça Ira”, napisanej przez Rogera Watersa (wśród zaproszonych gości m.in. Nick Mason). Kilkanaście godzin później, w otoczeniu stoczniowych żurawi rozlega się odgłos ludzkiego serca, wraz z którym David Gilmour i Rick Wright zaczynają pamiętny, gdański koncert.

Piątkowy wieczór 3 marca 2017 r., punktualnie godzina 20.00. Fosforyzujący zielenią elektrokardiogram przeciął gigantyczny owalny ekran górujący nad sceną. Doskonale znany początek „Ciemnej Strony Księżyca” rozpoczął trwający 45 minut seans na otwartym sercu, choć właściwszym będzie napisanie: w ciągle żywych wspomnieniach. Odegrany z zegarmistrzowską precyzją, bez pominięcia ale i bez dodania nuty tudzież sztukmistrzowskich ozdobników. Ale do tego przecież zobowiązali się przed laty – do odgrywania tej powszechnie znanej, muzycznej już klasyki (o zgrozo?), w wersjach najwierniej oddających albumowy pierwowzór.


Czy muzyka Pink Floyd jest nudna? Odpowiada Lorelei McBroom (w TAPF od 2011 r., wcześniej śpiewająca w chórkach m.in. w Pink Floyd oraz The Rolling Stones):

Zupełnie nie. W tej muzyce podoba mi się to, że nie jest sztywno przywiązana do formatu 3 czy 4- minutowych piosenek, które koniecznie musiały być wydane na singlu. Nick Mason powiedział mi kiedyś, że sukces jaki w 1967 r. osiągnął „Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band” był dla wytwórni jasnym komunikatem, że mogą sprzedawać całe albumy, nie ograniczając się tylko do singli. Biorąc pod uwagę złożoność muzyki Pink Floyd, gdzie rozbudowana forma kompozycji towarzyszyła innym niż dotychczas dźwiękom, była to dla nich świetna wiadomość.
To muzyka stymulująca centralny układ nerwowy, zmieniająca odczuwanie rzeczywistości, wręcz taneczna.



Breath” wystrzelił różowym, laserowym snopem światła w sklepienie hali, przypominając, że wszystko rozpoczęło się przed 50 laty. „Time” przywołał jedną z wielu sekwencji video Aubrey Powella, dobrze znaną z występów Pink Floyd jak i z wrocławskiego koncertu Gilmoura.

Najciekawsze momenty? „The Great Gig in the Sky", w którym przez ekran przetaczały się wściekle bijące morskie fale, z głośników dobiegał doskonale znany fragment „ And I am not frightened of dying. Any time will do, I don't mind. Why should I be frightened of dying? There's no reason for it.”, a naszym oczom ukazało się spokojne oblicze Ricka Wrigta, za życia kochającego siłę i potęgę oceanu.


Rick Wright i jego rola w Pink Floyd. Opowiada Jason Sawford, klawiszowiec i założyciel TASP:

Miał olbrzymi wkład w powstanie i brzmienie najważniejszych utworów Pink Floyd. Sposób budowania harmonii i sam fakt, że podczas koncertu nigdy nie schodzę ze sceny, cały czas gram jego partie, o czymś to świadczy. Stworzył bardzo gęste tło, które spajało wszystkie te utwory. Był bardzo cichym człowiekiem, stąd może często nie docenia się jego wkładu.

Tu na moment włączyła się Lorelei:

Muzycy Pink Floyd nie robili wokół siebie przesadnego zamieszania. Największa różnica pomiędzy Pink Floyd a The Rolling Stones? Byli przeciwieństwem. Stonesi mieli jasno określony status, Mick Jagger i Keith Richards byli powszechnie rozpoznawalni. Zresztą Mick, aby spokojnie wydostać się z hotelu, musiał mieć swojego sobowtóra, który odciągał uwagę od wyjścia którym się przekradał.
A Pink Floyd? Ludzie nie mieli pojęcia jak wyglądają. Kiedy z nimi grałam [1988 r. - trasa „A Momentary Lapse of Reason”- MK], mogli wyjść na ulicę i nikt na nich nie zwracał uwagi. Biorąc pod uwagę to czego dokonali, byli nad wyraz skromni. Rick był bardzo cichą osobą, przez to niedocenianą. Był po prostu muzykiem, podobnie jak Charlie Watts.

Money” to popis goszczącego na scenie po raz pierwszy Mike'a Kidsona, który imponował żartobliwymi wygibasami jak i czystym, świdrującym dźwiękiem saksofonu. Choć kto wie, czy nie przeszywał bardziej w „Us and Them”? „Brain Damage” to zabawa w skojarzenia. Kiedy padają słowa odnoszące się do „szaleńców chodzących po trawie, których trzeba utrzymać na ścieżce" („The lunatic is on the grass. Remembering games and daisy chains and laughs. Got to keep the loonies on the path”), z ekranu spoglądają Trump, Putin, Obama czy też australijski premier Malcolm Turnbull. Przesłanie, jak widać, nadal jest aktualne. 

Koncertowa wersja „The Dark Side of the Moon”, nim zacznie się dłużyć, dobiega końca. Jason Sawford wita się z publicznością („Dobrze być w domu”) i zapowiada kolejne utwory. „In the Flesh”, zagrany z rockowym wykopem, porywa i wywołuje największy aplauz. Australijczycy idą za ciosem, stawiają pierwsze 5 cegieł muru, kończąc męskim trójgłosem (gitarzystów Steve'a Maca i Davida Domminney Fowler'a oraz nominalnego wokalisty, Chrisa Barnesa) w 2 części „Another Brick in the Wall”. Chór dzieci? Z taśmy, wspomagany przez Lorelei McBroom, jej 2 koleżanki i gigantyczną dmuchaną lalkę nauczyciela, do złudzenia przypominającą tę wymyśloną przez Geralda Scarfe. Przerwa.

21.30. Zaczynamy 80 minutową podróż po 27 latach muzyki. Krótki klip z archiwalnego nagrania BBC 1 zapowiada rok 1967 i „Arnold Layne”. Piosenka napisana przez Barretta przechodzi w utwór mu poświęcony, „Shine on You Crazy Diamond”, w czasie którego z ekranu lustruje nas swym nieobecnym spojrzeniem pierwszy lider Pink Floyd. Dalej „Take it Back”, najlepszy punkt show czyli „The Fletcher Memorial Home” (kapitalna solówka Maca/„Gilmoura”!), „Sheep” odegrana co do joty jak na „Animals”. W końcu powitane z entuzjazmem „Wish You Were Here”, któremu towarzyszą dwa zielone lasery, rozszczepiające się w przestworzach hali na 6 strun, drgających wraz z potrącaniem ich rzeczywistych odpowiedników przez Maca i Domminney Fowlera. Set kończy się kolejnym mocnym akcentem, tym razem rok 1971, gigantyczny kangur podskakuje w rytm partii basu Colina Wilsona, Paula Bonney szaleje za perkusją, a odtworzony z taśmy Nick Mason skanduje z publicznością „One of these days, I'm going to cut you into little pieces”.

Cięcia, przynajmniej tego finałowego, jeszcze nie będzie. Jeszce jedno ujęcie. Olbrzymie brawa i  owacja na stojąco już po kilkudziesięciu sekundach przywołuje Australijczyków. „Comfortably Numb” wypada co najmniej okazale. Co prawda Wilson jak i Barnes warunkami głosowymi bardziej przypominają Gilmoura niż Watersa, jednak zgrabnie wymieniają się partiami. Dyskotekowa kula w opętańczym transie rozlewa wirujące po całej hali fantazyjne kształty, co podprogowo rezonuje z coraz szybciej pulsującą w skroniach solówką Domminney Fowlera...i to już naprawdę koniec.

Australijczycy w realiach show równych sobie nie mają. Ale w końcu to oni przed 30 laty wytyczyli reguły tej tribute'owej gry. Po ostatnim klapsie, cytując pytanie klasyka: ile było cukru w cukrze? Odpowiedź: 96%. Procent trzeba odjąć w „On the Run” (za nazwijmy to odgłosy australijskiej fauny), kolejny 1% za dziwną figurę gitarową w „Breathe”, kolejny (choć tu na plus) za pofolgowanie sobie w końcówce „Another Brick in the Wall”. Z kolei początek „Shine...” przekonał gitarzystów, że nie tak łatwo poradzić sobie z partiami Davida Gilmoura.

Pink Floyd w Polsce nie zobaczyliśmy i nie zobaczymy. Z kolei dla muzyków The Australian Pink Floyd piątkowy występ był 8. wizytą w naszym kraju. Czy to dużo, a może za dużo? Zapełniona po brzegi Hala Stulecia była dowodem, że zapotrzebowanie na tę muzyką a przede wszystkim na emocje i wspomnienia jakie wywołuje, które przywraca, wciąż jest nienasycone.


Czy muzyka Pink Floyd przetrwa?

Jason: Kiedy przed 30 laty zaczynaliśmy jako The Australian Pink Floyd, byłem oczywiście fanem tej muzyki. Aranżacje, brzmienie, teksty - wszystko to składało się w niesamowitą całość. Pink Floyd byli niepodrabialni, nikt tak nie grał. To w dużej mierze sprawiło, że dziś ta muzyka postrzegana jest jako klasyka i za taką będzie postrzegana przez następne pokolenia.

Lorelei: Mój syn na 20 lat i podobnie jak jego koledzy słucha Pink Floyd. Podróżując z The Australian Pink Floyd przekonałam się, jak wielu młodych ludzi zostało zarażonych tym bakcylem – przez swoich rodziców, krewnych. Wierzę, że jest to wynikiem jakości tej muzyki, wspaniałych aranżacji, tekstów, pięknych melodii. Taka muzyka na pewno przetrwa.


 

Pink Floyd nigdy nie byli wybitnym zespołem koncertowym. Stąd też powinno brać się zadowolenie Anglików, w końcu kolejne pokolenia cieszą się ich twórczością, a sposób jej prezentowania zapewne skłoni niektórych do zapoznania/przypomnienia sobie oryginału. Max Berg z kolei mógłby być dumny z akustyków i techników The Australian Pink Floyd, którzy doskonale przygotowali Halę Stulecia do tego spektaklu.

Tylko tyle czy aż tyle?


Komentarze (0)
Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.